Z rozdziału drugiego:
O bracie Bernardzie z Kwintawalle, pierwszym towarzyszu świętego Franciszka

„począł się modlić, podnosząc oczy i ręce ku niebu, i z ogromną pobożnością i żarliwością mówił: „Boże mój, Boże mój!”. Mówiąc tak i płacząc rzewnie, trwał aż do rana, powtarzając ciągle: „Boże mój, Boże mój” i nic więcej. A mówił to święty Franciszek, rozpamiętując i podziwiając wzniosłość Majestatu Bożego, który raczył zejść do ginącego świata i kazał biedaczynie swemu, Franciszkowi, nieść lek dla zbawienia duszy swojej i innych. Tak oświecony Duchem Świętym, czyli duchem proroczym, przewidując wielkie sprawy, których Bóg dokonać miał przezeń i przez Zakon jego, i rozważając nie-dostateczność i słabość swoją, wzywał i prosił Boga, by dobrocią i wszechmocą swoją, bez której nic nie sprawi ułomność ludzka, spełnił,poparł i zdziałał to, czemu on sam nie podoła.”

 

Świętemu towarzyszyły nie tylko radości, ale i łzy…wypłakiwane podczas adoracji Pana. Idąc za jego przykładem, nie można o tym zapominać.

Papież Franciszek, idąc za przykładem świętego z Asyżu, zapewne też płacze…