Na cietrzewią barykadę

oczyWynik wyborów nie przekonał demokratów, którzy gotowi są wyjść na ulicę. Demokracja – póki jest – nie odbiera prawa demonstrowania swych poglądów ani zabierania głosu wobec niesfałszowanych wyborów. Można natomiast zastanawiać się, jakimi motywami powodowani są demonstranci, których rezultat wyborczy zaniepokoił. Czy motyw uzależnienia od udziału w brudnej wspólnocie dostatecznie wyjaśnia gotowość do ulicznych wystąpień, podatność na argumenty liderów obrony (na zapas) demokracji przed zakusami legalnie wybranych władz ?

Zastanawia także panopticum nowych obrońców a raczej liderów czy animatorów protestu, gdy jeden jest bangsterem, inny antysemitą albo dziennikarzem obcego koncernu prasowego czy wziętym filmowcem, który w odróżnieniu od wielu innych, na wsparcie niedemokratycznej władzy przed wyborami nie mógł narzekać. Być może uwaga R. Ziemkiewicza, że to grudniowy, przedwczesny początek karnawału, maskarada przebierańców , którzy znudzeni kawiorem występują na barykadzie, jest ironiczna ale trafna. Nie objaśnia jednak motywów aktywu i gapiów, którzy się wokół tej barykady, pod sztandarem KOD gromadzą. Nie wyświetla sensu demokracji, która jest na tym sztandarze podnoszona. Rzuca jedynie światło na obawy, że władza może zacząć rządzić i zmieniać status quo, nie poparte głosami większości w wyborach. Status quo, którego termin ważności minął.

Jest to bez wątpienia barykada zacietrzewionych albo platforma formowania cietrzewi zapominających w śpiewie realny bieg zdarzeń. Rzec można tych, którzy nie spostrzegli dotąd, że negacja nie jest przeczeniem konstrukcji tylko przeczeniem afirmacji. Barykada służy afirmacji dotychczasowego porządku, broni ładu oligarchicznego i korporacyjnego poprzez machanie konstytucją, w której ten ład nie został w r.1995 literalnie zapisany. Głosi też wezwania w obronie trybunału, który pewne ustawy ocenił jako sprzeczne z ustawą zasadniczą a inne – sprzeczne – zaaprobował, przeoczywszy ich oczywistą niekonstytucyjność (OFE). Owszem, obrona trybunału może być obroną autorytetu państwa, kiedy sam trybunał dba o powagę prawa, nie waży się na dowolność, jak gdyby zasad konstytucyjnych niekiedy nie było.

Wiosną 2015 wystąpił w Polsce masowy ruch oburzonych, najlepiej symbolizowany przez Pawła Kukiza. Teraz spore zastępy jego zwolenników znalazły swoją reprezentację w nowym parlamencie. Demokraci próbują powtórzyć ten fenomen demonstrując nowe oburzenie. Sądzę, że taka powtórka będzie jak powtórki w historii – farsą. Ponieważ demokracja w ich ustach znaczy wszystko i nic. Być może znaczy nawet wszystko poza demokracją. Jej obrońcy nie dostrzegali dotąd, że dwie kadencje z wieloma swobodami i prawami, które gwarantują wolność, nie działo się najlepiej. Kiedy były naruszane, nikt z nich nie protestował, że pozostają tylko na papierze albo przysługują wyłącznie antifie z importu. Następczyni Donalda Tuska przegrała z kretesem posyłając policję na górników. Chyba mnie nie zawodzi słuch, gdy słyszę w tym łamanie wolności i działanie antydemokratyczne. Ale to warszawskich obrońców to wówczas nie bolało. Nieśpieszno im było do KOD-u.

Zacietrzeźwienie ma bez wątpienia swoje powody. To nie jest sam owczy pęd, sama egzaltacja, samo poczucie osierocenia przez wszechobecną Platformę Obywatelską i koalicjanta. Czcza ( na zapas) obawa przed odpowiedzialnością czy – jak głoszą – dzwon na trwogę przed zabraniem obywatelom wolności i zlekceważeniem reguł demokracji. Zapał manifestujących ma dotąd niewiele wspólnego ze sztandarem, jakim powiewają, natomiast ten rewolucyjny zapał, te wypieki na twarzach mogą świadczyć o szlachetnym oburzeniu (moral indignation) właściwym” klasom średnim” zatem ani podklasie, ani elicie. Szlachetnym oburzeniu w imię kontrrewolucji a nie rewolucji bowiem w obronie zastanych praktyk i instytucji, w obronie status quo a nie ‘dobrej zmiany’. Jeden z politologów w kręgu SLD nazywał takie zjawisko (kilkanaście lat temu) – konserwatyzmem funkcjonalnym ale waloru moralnego oburzenia wówczas nie niosło, a dziś jest na nim oparte. Trudno też było niegdyś wypatrzeć w kręgach postkomunistów-konserwatystów dawnego porządku tak duże różnice w gronie liderów, jak to ma miejsce w nowo tworzącym się ruchu, roszczącym sobie rolę pospolitego ruszenia. Daje to pewne szanse, że zgromadzeni wokół barykady sami się rozejdą przejrzawszy na oczy. Zeszli się zgorszeni kilkoma obrazami z mediów i kilkoma populistycznymi hasłami ale nie dadzą się wodzić za nos w nieskończoność. Fakty z udziałem nowej władzy powstałe przekonają niejednego lepiej niż wiecowe argumenty. Tym bardziej fakty, im bardziej publiczna telewizja do nich powróci, zrezygnowawszy z zastępu propagandystów i politruków. Wracając do dawnych obserwacji Svenda Ranulfa zauważyć warto te elementy mściwości i małostkowości, paralelnego do rewolucyjnego – entuzjazmu, przepełnionego rozognionym oburzeniem protestu, nie pozbawionego bezinteresownej nieżyczliwości. Rzec można, że to styl bardziej niż inne treści charakteryzuje dziś ten fenomen oburzenia demokratów na demokrację.

Autorowi nasuwa się tu uwaga prof. Anny Pawełczyńskiej na temat łże-elit. Nie z racji postaci idących na wiece obrońców demokracji a właśnie z racji niektórych liderów czy trybunów tworzącego się ruchu. Svend Ranulf pisząc o middle class jako nośmiku szlachetnego oburzenia nie wspominał kategorii łże-elity, bo wśród znanych wówczas warstw społecznych nie dostrzegał pewnie takowej. Media nie nabyły jeszcze zdolności jej kreowania ex nihilo za to w mgnieniu oka. Svend Ranulf prowadził swe studia klasycznej publiczności ateńskiej w czasie, kiedy język haseł, nie mających waloru zdań tylko status sygnałów do akcji – dopiero powstawał. Media powołując do życia propagandowe chimerie podchwycily ten wynalazek sygnałów w miejsce sensów i łże-elit w miejsce inteligentów. Propagandystów zamiast publicystów. Zarządzania kryzysem miast informowania. To świat poprzesuwanych znaczeń i symulacrum podobnie jak się ma obecnie rzecz z demokracją.

Józef Śreniowski

kacio

Syzyf & anty-Syzyf